NIEDZIELA PALMOWA.

Zadzwoniła wczoraj do mnie mama:
– Agusiu, czy Ty masz palmę na jutro kupioną ?
– Jaką palmę mamo, Paweł jutro idzie do pracy, ja do Świadkowej w odwiedziny, u nas palem nie ma w tym Wielkim Mieście, mówię.

Nie jedziemy w tym roku na Wielkanoc do moich rodziców, pierwszy raz od 28 lat nie spędzę tego święta z rodzicami, więc jest to dla nich po prostu anomalia, cios w serce, nóż plecy. Mama kontynuuje:
– Jakżesz to ?! kup Misi palemkę malutką idźcie sobie na msze, chociaż na chwilę, koszyczek jej kup i baranka na sobotę.
– Dobrze mamo, kupię jutro, chociaż myślę, że wcale nie kupię, przecież jutro niedziela, gdzie ja w ogóle taką palmę mogę dostać, przecież palmę to sie brało od babci z meblościanki, z półeczki, starą, wybrakowaną, wysuszoną.
U nas na pewno takich palem nie ma. Na bank. Ale jasne, pójdę, zrobię Ci zdjęcie, że byłyśmy, mówię. Myślę, nie zrobimy zdjęcia, bo palmy nie będzie, bez palmy głupio iść wiec wyślę po prostu zdjęcie z Oksą.

O losie, jaki człowiek jest głupi.
Niedziela palmowa, zwana raczej za mojej pamięci Niedzielą Handlową była jednym z tych najbardziej wyczekiwanych dni w roku, kiedy w mieście, w niedziele (!) czynne są WSZYSTKIE SKLEPY.
Wstawaliśmy wcześniej niż zwykle, jedliśmy wspólne śniadanie i sru – do MIASTA. Zawsze wtedy tata kupił mi jakieś buty, czy ciuszek, sobie kilka par dżinsów, kurtkę na wiosnę lub kożuszek z przeceny. Mamie coś ojciec nawet kupił – z racji tej Niedzieli Handlowej. Trzeba było też kupić koszyczek bratu, czy tam brakujące kurczaki, czy baranka z cukru lub inne jeszcze tam „przydasie”.
Od jakiegoś czasu Niedziele Handlową to ja mam co niedziele, właściwie to codziennie mam takie małe niedziele, poniedziałki i wtorki. Życie się nam rozlazło, nie ma soboty, nie ma niedzieli. Codziennie jest codziennie, jutro, pojutrze. Pierwsza taka konkluzja naszła mnie niedawno, kiedy zrobiło się dość ciepło, tak, że z Oksą poszłam na spacer bez kurtki. Kiedyś, za dzieciaka takie ocieplenie wiosenne było czymś wyjątkowym – można było zrzucić zimowe, za duże o dwa numery buty i zmienić je na nowe adidasy. Różnica w odczuwaniu chodnika była tak spektakularna, że 5 kilo od razu ubywało z serca. Jak się zdjęło puchówkę i zamieniło na katanę czy wiosenny płaszczyk, wszystko to było takie lekkie. A teraz ? O Chryste. Całą zimę biegam w adidasach, czasem w półbutach. W płaszczyku wiosennym też czasami obrócę jak się postaram. Czy to wiosna, jesień czy zima, but i kurtka ta sama…Zaniedbaliśmy trochę siebie, biegniemy do przodu ale niestety z zamkniętymi oczami. Mamy na sobie kurtki zimowe i za duże buty od paru dobrych lat.

Dlatego, postanowiłam naprawić swój kalendarz. To znaczy nasz. Pielęgnować codzienne zwyczaje, obchodzić należycie poszczególne dni tygodnia, święta i tradycje. Słowem – Dzień Święty Święcić.
Dlatego też, zerwałam się z rana dzisiaj, patrze na rynek – ale mi Niedziela Handlowa, żywej duszy nie ma na rejonie…Jedno stoisko z baziami. Lece – mówię do Pawła, po tą palmę. Biorę Oksę i 16 złotych. Ile taka palma może w ogóle kosztować ? Biorę kartę, bo jak będzie 20 zł, to wstyd, że nie mam, wypłacę po drodze. Zachodzę do pana z baziami, gałązkami i tulipanami. SĄ PALMY!!!!! Po 2zł malutkie i po 4zł duże. Biorę dużą, najłądniejszą, jeszcze bazie, gałązki takie zielone i sześć tulipanów.
Wystroiłam Misię i poszłyśmy święcić tą palmę. Święcenie spędziłyśmy przed kościołem ze Świadkową moją najdroższą, Jej mężem i tygodniową córeczką Ulą. Dla nich również zakupiłam palmę – a co.
Za tydzień idziemy święcić Baranka.

Lżej mi na sercu, że tak sobie postanowiłam. I nie chodzi tutaj o jakieś tam sprawki wiary, czy nie wiary. Chodzi o porządek, jakiś rytm, tradycję i wspomnienia.

Dzwonię do mamy i pytam, czy poświęciła tą babciną palmę i co tam w ogóle, że zdjęcie jej wysyłam Miszki z tą naszą palmą za 4 złote, jak zamiata przed kościołem kostkę brukową. Na co mama:
– No byliśmy z tatą w mieście, chciał sobie spodnie kupić, ale nie było takich jak chciał. Przymierzał też kurtkę na wiosnę, ale rękawy były za ciasne to nie kupił…

2 Comments

  • Karola
    31 lipca 2018 at 14:15  - Reply

    „Siedzę” w domu na macierzyńskim i wychowawczym. Dzieci drzemią. Mąż wymyślił mi dziś na obiad zapiekankę. Tak, taką z piekarnika, co to go trzeba rozgrzać do czerwoności. A ja tu mam 29 stopni. No i zamiast robić ten obiad, to ja siedzę i „Panią czytam”. I miło tak jakoś się to czyta, tak jakby dobrego przyjaciela. I tak może głupio tu takie rzeczy wypisywać, ale ten tekst o Wielkanocy, to jakbym o sobie i swojej rodzinie czytała. Pięknie napisane, tak dobrze i miło się to czyta.

    To napisałam. Fajny taki po prostu o.
    Szczerze serdecznie Panią pozdrawiam.

    (Ps. Znalazłam Panią, bo robi Pani takie proporczyki jakie chce zawiesić mojej dwulatce nad łóżkiem. Niedługo zamówię. Jak tylko Pan Tomek pomaluje ściany. Może się doczekam. 😉 )

    • manufaktura.ladnie
      3 sierpnia 2018 at 13:54  - Reply

      Karola ! Mam nadzieję, że pomimo upału udało Ci się upiec tą zapiekankę ! 🙂 Dziękuje z całego serca za miłe słowa, pozytywne komentarze na szczęście zawsze pojawiają się wtedy kiedy miewam chwile zwątpienia w cały Wszechświat aż tu nagle ktoś, jak Ty napisze coś miłego ! Zapraszam Cie częściej, z dnia na dzień obiecuję sobie większą sumienność w pisaniu postów, średnio mi to jednak wychodzi przy pracy na etacie, Michalinie i tej nieszczęsnej budowie, ścigaj Pana Tomka o ściany koniecznie ! Wpadnij znów i do poczytania ! Pozdrawiam gorąco, Aga !

Dodaj komentarz