MAMA – HIGH LEVEL, CZYLI O ODPLAMIANIU.

Po dniu Taty, będzie o Mamie. O Mamie, czyli o mnie, a raczej o pewnej mojej dzisiejszej myśli.
Po śniadaniu niedzielnym, czyli dość uroczystym bo Tata akurat miał wolne.
Wczoraj upiekliśmy chleb prawdziwy, w garze glinianym, na zaczynie, 6 razy przekładanym. Obowiązkowo zatem dzisiaj jajka na miękko. Po śniadaniu siadłam na minutę do biurka. (Wybacz mi Boże, wiem, że w niedziele praca w  G* się obraca, ale to był naprawdę tylko jeden mail ! ) W tym czasie mojej minutowej nieobecności Misia zdążyła upaść z bliżej niezidentyfikowanego plastikowego pojazdu na trzech kółkach, że ząb wbiła w wargę. Płacz i łzy wiadomo w niebogłosy, biegiem do Taty i TYTYTY palcem grozi i pokazuje na ten plastikowy rower co z niego spadła przed sekundą.
Opanowaliśmy Chrystusową kroplę krwi na wardze, gorzej z koszulką Taty. Plamka pół na pół centymetra, czerwona wiadomo. Z tej krwi. Koszulka biała oczywściei, nowa ładna nawet, a że kilka dni temu Tato wypalił dziurę grillem w innej też ładnej koszulce, mówię do Niego:

– Weź to polej wodą utlenioną ! Bo plama będzie kolejna ! Nowej Ci już koszulki nie kupie !

– A gdzie woda utleniona ? – pyta. Chyba nie mamy…

– No nie mamy, fakt. Mamy Octanisept, to chyba nie zadziała.

A czemu wodą utlenioną – ciągnie – a czy nie można czymś innym, na przykład wodą ciepłą ? Nie bo ciepła woda zetnie to białko i plama nie zejdzie już nigdy, o losie, kucharz i tego nie wie! Tata mówi dalej – no to weź sode, czy kwasek cytrynowy, czy co to tam masz. Chryste, no na jakim świecie żyjesz ?

– Idź, zalej to Vaniszem, jest w łazience i zostaw, to wypiorę wieczorem – mówię.

I poszedł, dobrze, że poszłam na zwiady, bo by zalał faktycznie całą tą koszulkę tym płynem. Odejdź – mówię, ja to zrobię ! No i raz, wyciągam moją plastikową łyżeczkę, rożową specjalnie do Vanisza, pod kolor opakowania, nabieram odrobinkę, moczę koszulkę, idealnie płyn w plamkę wcieram, raz jeszcze dla pewności powtarzam zabieg i wkładam do fioletowej miedniczki na pralce, w której wczoraj identyczną czynność powtarzałam na ubraniach Michaliny. Porzeczki, trawa, kompot i truskawki.

– Boże, Paweł, jak tak odplamiam te rzeczy, to czuje się jak prawdziwa mama, czuje się taka potrzebna !

– Trochę późno – kwituje mój mąż.

Głupio mi się zrobiło trochę, nie wiem czemu, ale szczerze samej przed sobą wspaniale na sercu. Jak pierwszy raz zrobiłam pranie z domieszką Vanisza, poczułam zapach prania u mnie, w domu rodzinnym. Mam Cię – pomyślałam o mojej Mamie. Ha, Vanisza dodajesz do wszystkiego ! (Odkąd mieszkam sama, to znaczy nie w domu rodzinnym mam jakieś dziwne deficyty jakości swojego życia, w takich właśnie kwestiach jak zapach prania, czy smaku rosołu, czy innych tam widzimisię, co nie jest takie jak w domu).
I pomyślałam o tej mojej różowej łyżeczce, co specjalnie mam na ten płyn, o miedniczce fioletowej pod kolor zestawu do odplamiania. O tym, że odkąd piorę Misi ubranka to przestrzegam zasad kolorystycznych, szarych i białych. Że pomimo, że już jestem ukąpana, mam piankę na włosach umyte zęby i czeka już Tata z filmem na wieczór, ja biorę te małe ubranka i przeglądam, gdzie jest jakaś plamka. I z dokładnością mojej mamy, sukienka po sukience, plamka po plamce tą różową łyżeczką ratuje te Jej ubranka. Przypominam sobie, co za kompot piła jak miała tą suknie, czy to cytryną zatrzeć, czy lepiej tym proszkiem, co poleciła mi Milena, z drogerii, niemiecki, lepszy niż Vanisz ! A potem stroję to moje dziecko, prasuje Chińską bawełnę, żeby ładnie wyglądała, i do ręki daję w butelce kompot z czarnej porzeczki, co by znowu móc Vaniszem te plamy wywabić !

IMG_2099

IMG_2542

IMG_2125

IMG_2540

IMG_2538

IMG_2537

IMG_2514

IMG_2472

IMG_2130

IMG_2107

IMG_2546

Dodaj komentarz