WAKACJE 2017

Ledwo żeśmy wrócili znad Bałtyku, a mnie już się chłód jesienny z rana przeszywa.
Pogodę traktuję różnie, czasami mówię:

Ale dzisiaj morska pogoda !
Morska, to u mnie taka, że wieje wiatr, dość silny, ale nie ciągle a podmuchami jeden po drugim, na błękitnym niebie kłębią się cumulonimbusy. Jest wietrznie, słonecznie i miło. Morska pogoda oznacza u mnie z reguły dobry humor, z racji, że kocham Polskie morze, czy wieje czy leje, czy gofry po 5 czy po 15zł. Albo na wakacjach mówię, kurde, jest lipiec, a wieczory takie jakieś sierpniowe i mgliste, zimne. Paweł się śmieje z tego, bo mówi, że nie ma czegoś takiego jak sierpniowy wieczór, wieczór to wieczór, zimny to zimny, a nie, że akurat sierpniowy. Upodobałam sobie te sierpniowe wieczory i morską pogodę dlatego, że 25 na 29 wakacji spędziłam z rodzicami nad Polskim morzem.

Pierwszy wyjazd pamiętam odrobinę, wczasowałam w ośrodku wypoczynkowym w Białogórze, z mamą, Ciotką Bożeną i kuzynem Kubą. Miałam 3 lata, blond czuprynę, strój szary z czerwoną falbanką uszyty przez Babcię Chmurę. Z tego wyjazdu pamiętam kilka rzeczy, na przykład jak pierwszy raz jadłam batonik Bounty i mi w ogóle nie smakował, mdliło mnie strasznie po kokosowych wiórkach. Widziałam też  przepiękny chrzest kolonijny, który pamiętam do dzisiaj:
Dziewczyny ubrane w białe prześcieradła , przepasane sznurkiem, na głowie miały śliczne wianki uplecione z kwiatów paproci. Był wśród tych uczestników kolonii też chłopak przebrany za diabła, cały wymalowany na czarno, z widłami i rogami. Szły te wariaty kilometr prawie do plaży, śpiewali, darli się okropnie albo uderzali sztućcami o garnki, żeby ich było wszędzie słychać. Diabeł hałasował najwięcej i straszył dzieci. Mam z tymi kolonistami nawet zdjęcie !

Kolejne wyjazdy cyklicznie rok w rok odbywały się zawsze w sierpniu, bo po 15 trochę taniej wiadomo i ludzi mniej i sierpień kiedyś niemal zapewniał piękną pogodę jak twierdził Tata. Tylko 4 turnusy na te dwadzieścia kilka razy spędziliśmy w domkach, reszta pod namiotem. Jeździliśmy zawsze w dwie rodziny, ja, mój brat, Krzysiek i Łukasz. Wiekowo byliśmy podobni, charakternie też więc nie było żadnych spięć. Podróżowaliśmy jeszcze za czasów, kiedy nie było GPS i mama Krzyśka i Łukasza pilotowała nas z mapą na kolanach. Oni jechali zawsze przed nami, to znaczy pierwsi Audikiem. Wyjeżdżaliśmy o 1 lub 2 w nocy, żeby być na rano.
Co to były za emocje ! Pakowaliśmy się z bratem dobre dwa dni przed wyjazdem. Kilka dni przed każde z nas miało listę MUST HAVE – ja nie mam stroju, mama nie ma stroju, tata klapek, Patryk okularów do nurkowania, ja adidasow i tak w kółko. Mama w dzień wyjazdu piekła kurczaka w piekarniku na drogę, tata kupował kiełbasę swojską, kolę, ciastka HIT, pizzerki, solone Lays do przegryzania i mówił zawsze:

Cały rok nie jem czipsów, tylko w podróży nad morze !

Nasze plecaki wypchane były słodyczami, jakby podróż miała trwać ze dwa tygodnie, przy czym i tak zawsze po drodze obowiązkowo musieliśmy zajechać do Makdonalda w Częstochowie, zjeść zestaw Happy Meal z czisburgerem i kolą.
W 9 godzinną podróż zabieraliśmy rzeczy, których nie potrzebowaliśmy w przeciągu ostatniego roku, ale wiadomo – w podróży mogły okazać się niezbędne. Naszym marzeniem były pamiętam krótkofalówki, abyśmy mogli rozmawiać sobie między samochodami lub między namiotami. Niestety, nie wypaliło z krótkofalówkami, po prostu nadeszła era telefonów komórkowych i pisaliśmy głupie smsy. Docieraliśmy na miejsce objedzeni, niewyspani i marudni, bo czasami rodzice fundowali nam po drodze wycieczki do Biskupina czy tam Malborka, jak my na Boga chcieliśmy być już teraz, zaraz na plaży a nie w drewnianych gospodach czy na zamkach!
Mieliśmy stary, przeokropnie ciężki namiot drelichowy, z jedną sypialnią i przedsionkiem. Ruskie materace, pojedyncze w przepiękny kwiatowy wzór, ze śmierdzącej gumy, zatykane na plastikowy korek. Składany stoliczek wędkarski dziadka i wielki biały namiot ogrodowy, który był naszą agorą.
Niestety sierpniowej pogody nie dało się oszukać, wieczory były zimne, mgliste, jakieś takie wilgotne, w mig z sandałów trzeba było wskakiwać w gumiaki, bo pojawiała się rosa. Zakładaliśmy polary, swetry, ciepłe skarpety i sru do śpiwora, jak już było naprawdę zimno. Mycie zębów wieczorami to była męka, bo woda zimna jak milion, ręce zmarznięte, jeszcze siku najlepiej zrobić na całą noc bo jak się zachce podczas snu to trzeba wyjść ze śpiwora, porozpinać te zamki, założyć klapki i szybko za namiot na ten mróz ukradkiem się wysikać. Po drodze zawsze niemal potykałam się o sznurek, półprzytomna, z osikaną nogawką. Najbardziej lubiłam kiedy w nocy padał deszcz. Uwielbiałam dźwięk kropelek deszczu, które rozbijały się o impregnowany drelich starej Warty, choć wiedziałam, że zwiastuje to niestety powódź w namiocie i brzydką pogodę kolejnego dnia. Brzydka pogoda nad morzem, pod namiotem dla dzieci oznaczała jedno – cały dzień w samochodzie znajomych, z którymi jeździliśmy. Mieli Audika Kombi, my Cinquecento, więc ten wybór był oczywisty. Graliśmy kolejno w państwa miasta, karty, puszczaliśmy trochę muzyki ale nie za dużo, żeby nie wysiadł akumulator. Zdarzały się takie wyjazdy, że na 12 dni deszcz padał przez 10, wtedy pamiętam Państwu z Warszawy co stacjonowali obok zrobiło się nas żal i zaprosili nas do swojej przyczepy kempingowej na herbatę. Raz też było tak, że pakowaliśmy się w deszczu i tym Cinquecentem jechaliśmy do domu z mokrymi namiotami i śpiworami, bo tak się juz Ojciec wkurzył na tą pogodę.

***

W tym roku wyjątkowo wybraliśmy się nad Bałtyk w lipcu <3

 

Dodaj komentarz