L4.

***

I co słychać ?
Osłuchowo prawie czysto, lekki szmer, powiedziała Pani Doktor zapisując mi antybiotyk, nowa generacja, sponsorowane cudo na kiju, dzięki któremu Pani Doktor pojedzie na Seszele a ja tymczasem schodzę w domu na zapalenie płuc.

***

Ostatni raz, zapalenie płuc miałam jako sześcio lub siedmiolatka. Pamiętam to bardzo dobrze, bo nastała wtedy jakaś moda czy ki pieron wie skąd to się wzięło, w każdym razie była to era leków homeopatycznych, przynajmniej w Wadowicach. Być może któraś z koleżanek czy tam ciotek wciągnęła ją w te czarodziejskie metody, a przy okazji też i mnie. Pamiętam, że odliczałam po dwadzieścia czy tam dwadzieścia pięć słodkich kuleczek na ręce a potem sru pod język, aż do rozpuszczenia. Niestety słodkie kulki zawiodły na tyle, że po dwóch tygodniach zapalenia oskrzeli trafiłam pod rentgen a tam wielkie halo, bo zapalenie płuc, no skąd ? Osłuchowo przecież czysto ! Pamiętam, że jeździłam nawet z mamą do miasta oddalonego o 15 kilometrów na wizyty tej Homeopatycznej Czarodziejki bordowym Mitsubishi Coltem. Wtedy na bardzo długo ja wyleczyłam się z zapalenia płuc a mama z homeopatycznych kulek. Swoją drogą to dziwne, że mama nabrała się na te kulki,  że dała się tak omotać, bo raczej bardzo dbała o mnie i moje zdrowie, jako, że byłam alergikiem i astmatykiem. Dwa razy do roku jako kilkulatek jeździłam do sanatorium do Istebnej na Kubalonkę. Pierwszy raz pojechałam w zerówce, na dwa miesiące, później powtarzałam te wyjazdy rok w rok przez 4 lata. Wyjazdy do sanatorium to była sprawa jakaś magiczna, choć przykra. Płakałam jak bóbr za każdym razem jak mama przyjeżdzała na cotygodniowe odwiedziny, zamiast do kościoła to do córki do sanatorium, gnali z ojcem Mitsubishi Coltem. Co niedziele przywozili świeże pranie i słodycze. Każdą rzecz, nawet bieliznę miałam podpisną markerem: Agnieszka Kamińska. Do dzisiaj mam poszewki na poduszki z opisem ! Na oddziale miałam się bardzo dobrze, jako, że byłam najmłodszym uczestnikiem sanatorium, Panie pielęgniarki o mnie dbały, mówiły do mnie Laleczko i w ogóle byłam oddziałową maskotką. Kilka razy w tygodniu mama dzwoniła do mnie na oddziałowy telefon, który stał na korytarzu, na kwadratowym stoliku przykrytym foliowym obrusem w kratkę. Telefon miał kolor zgniłozielony, i miał klawiaturę na kółko. Charakterystyczny dzwonek rozbrzmiewał kilka razy w ciągu każdego wieczoru, słychać było:

Halo, Basia przy telefonie.
Cisza.
Tak już proszę, Agnieszka Kamińska mama dzwoni !

Największą atrakcją była tam jednak szkoła, gdyż zajęcia były łączone, chyba pierwsza z drugą i trzecia z czwartą klasą. Nie chodziło się do szkoły codziennie na rano, tylko raz na rano, raz na popołudnie. Z racji tego, że każdy miał różne zabiegi, rozpisane na rano lub na popołudnie. Stąd taki grafik. Były inhalacje, drenaże, spacery jakieś w komorach, oklepywania, solanki i inne dziwne rzeczy, dzięki którym nie jestem alergikiem ani astmatykiem. Tyle z tego przyszło,  z tych łez wylanych za mamą w niedzielne popołudnia jak musiała wracać do domu.

***

Aha. Później, po tym oszustwie homeopatycznym to nawet mama nie chciała słuchać od ciotki o Citro Kroplach na odporność, które kupowała chyba z Czech czy tam ze Słowacji, bo ponoć działały cuda ! Nie pamiętam. Pozostałyśmy wierne Polopirynie S, a ojciec do dzisiaj czoło smaruje Amolem.

***

Dodaj komentarz