PRZEŁOM, CZYLI KUPILIŚMY DREWNO.

 

Po dość ciężkim roku, udało nam się zakupić drewno. Rok. To właśnie tyle czasu minęło odkąd dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy najzwyczajniej w świecie oszukani przez Pana Staszka, czyli naszego pierwszego Wykonawcę od Siedmiu Boleści.

Dla przypomnienia, rok temu wpłaciliśmy zaliczkę na drewno, którego do tej pory nie widzieliśmy, sprawa aktualnie jest w sądzie, czekamy na wyrok komorniczy, jesteśmy około milion dolarów na minusie. Wierzymy jednak w sprawiedliwość (?) i mamy nadzieję, że uda się odzyskać całą kwotę. Trochę optymistycznie ale tyle nam pozostaje, czekać.

Szczerze ?
W międzyczasie trochę zapomnieliśmy o tym, że budujemy jakikolwiek dom. Na działkę jeździliśmy po to, żeby wybiegać Oksę, rozpalić jednorazowego grilla na fundamentach, spróbować analogowego koszenia łąki a potem pojechać do Milenki na kawę. Rozmowy o budowie domu były przez nas szybko ucinane, zarówno z mojej jak i Pawła strony.

– Paweł, sufity lepiej jakbyśmy mieli białe, czy z drewna ? – pytam.
Nie wiem. 
– A baterie w łazience fajnie, jakby były takie miedziane.
Nie wiem.
– Paweł, mam nowy pomysł na łazienkę, całą żółtą.
Ok, a czemu tak ?
– BO SRAK ! 

Nasza Inwestycja leżała w gruzach, a raczej w balach. Rzecznik Praw Konsumenta oznajmił, że wygrana naszej sprawy zależy od SZCZĘŚCIA. Serio ?

Grunt pod naszymi nogami był dość kruchy, dzień za dniem każde z nas obwiniało się za tą całą sytuację, za ten po prostu gnój za przeproszeniem co się narobił. Rozważaliśmy sprzedaż działki, żeby pokryć dług, sprzedaż samochodu, wyjazd do rodziców. Różne nam pomysły w tych najgorszych chwilach przychodziły do głowy. O ile mama mnie pocieszała, tak ojciec nie szczędził mi swoich mądrości życiowych. Nie powiedział tego wprost, między wierszami jednak dało się słyszeć:

– A NIE MÓWIŁEM ? Domy z bali budują górale, od razu mówiłem Ci, jedź do Białego Dunajca !

Było mi po prostu smutno, żem do tego Białego Dunajca nie pojechała, tylko do Kórnika. Mleko się wylało, piwa żeśmy naważyli, a że piwo lubimy oboje, należało je po prostu wypić. Przyszedł moment, że postanowiliśmy zacząć od nowa, przeglądaliśmy raz po raz projekt, oglądaliśmy zdjęcia sprzed fundamentów, wspominaliśmy archeologa i dinozaury na budowie. To nie może się tak skończyć, no ludzie… Szukanie nowego Wykonawcy, w kontekście tego co nas spotkało, było po prostu trudne. Na spotkaniach wylewaliśmy swoje żale, co to nas okropnego spotkało i w ogóle, jakieś niepotrzebne smutki żeśmy tam opowiadali, Wykonawcy oczywiście, że współczują, że oni tacy nie są i że to okropne i że nasz dom, to wyceniają na 497 tysięcy złotych bez okien.

Tutaj przeżyliśmy kolejny zawód, każdy z Wykonawców dziwił się, skąd żeśmy taki długi i duży dom wytrzasnęli. No jak, Pan Andrzej nasz architekt, też od 7 boleści jak się okazuje, zarzekał się że dom parterowy to taniej, bo schodów nie ma przecież. Nic bardziej mylnego. Parterowy dom drewniany, to ok. 40% większy koszt budowy, z racji tego, że materiału (litego bala z którego buduje się ściany wewnętrzne i zewnętrzne do 1 piętra) jest po prostu 2 razy więcej niż w domu piętrowym, a kubik drewna niestety ale stoi lekko po 850zł. To tylko taka ciekawostka, bo tak czy siak chyba byśmy się nie zdecydowali na piętrowy dom.

Nie dogadaliśmy się z żadnym Wykonawcą z Wielkopolski czy Dolnego Śląska, tym bardziej, że ten z Wielkopolski nawet nie umiał obejrzeć poprawnie projektu…Trzeba było zatem jechać do Białego Dunajca, czyli do Nowego Targu, bo ekipę stamtąd polecił nam Hubert, nasz czytelnik.

– Tato, będziemy u Was za dwa tygodnie, bo jedziemy na spotkanie do Nowego Targu, z nowym Wykonawcą.

–  Agusia, mówiłem Ci, że ekipy musisz szukać w Białym Dunajcu !

No nie dogodzisz.
Byliśmy u Grześka 2 razy w lecie, na pogaduszkach, wycenach i kawie przy góralskiej nucie.
W miniony łikend spakowaliśmy manatki, Michalinę i Oksę w auto i wyruszyliśmy na Podhale w poszukiwaniu odpowiedniego drewna i podpisanie umowy. Brzmi znajomo, co ? Cała wyprawa to była jakaś logistyczna szopka, bo Oksę i Michalinę trzeba było zostawić Cioci Kasi, zrobić kanapki na drogę, mój tata Irek, Ireneusz przejęty całą sytuacją z tym oszustwem i w ogóle jako spec od drewna pojechał razem z nami, żeby mieć oko na interesy. Jak żeśmy wyjechali o 8 rano, tak wróciliśmy przed 21. Byliśmy w sumie w trzech tartakach.

Jeden był naprawdę super, jak to mój tata Irek, Ireneusz powiedział:

–  No to jest tartak ! Jakie maszyny ! Agusia, wiesz ile tu jest pieniędzy ? Fundusze pewnie Europejskie !

Podobało mu się, widać było, szczególnie, że on sam jest Królem Forniru, ma mały zakładzik, gdzie wytwarza okleiny naturalne. Sam.
Kolejny tartak, jak stwierdził Irek, już nie był na poziomie europejskim. Właściciel na miejsce gdzie sezonowały się bale podwiózł nas swoim roboczym samochodem BMW, w brązowej skórze. Drewno było naprawdę piękne, co zauważył też Tata. Niestety, negocjacje nie poszły pomyślnie, a raczej nie poszły wcale, bo jak się okazuje nie każdy Góral chce się targować. Został ostatni tartak. Rasowy, zdrowo nakrapiany. Pewnie byśmy to drewno kupili za paletę Żołądkowej Gorzkiej. Woleliśmy jednak nie ryzykować.

Posłuchałam się Taty, i podjęliśmy decyzję o tym, że skorzystamy jak Bóg przykazał z renomowanego tartaku, o standardach europejskich. Jak coś się stanie, to będzie jego wina. Boga lub Taty.

Aktualnie, sprawa wygląda tak, że to my kupiliśmy drewno. W razie jakby Grzesiek się rozmyślił, czy cokolwiek innego by się wydarzyło, jakaś wojna, czy jeden pieron wie co jesteśmy w posiadaniu 100 kubików płaza świerkowego polskiego, sezonowanego 2 lata.
Ot.

Pamiątkowe zdjęcia, co byśmy nie zapomnieli o całej tej naszej drodze krzyżowej.

 

Dodaj komentarz