Legionów 17.

 

Nie wiem co powoduje u człowieka to, że coś pamięta bardzo dobrze, że coś mniej lub w ogóle, że czasem idę do sklepu po jedzenie dla Oksany i jajka a wracam z jajkami, mlekiem i kolą zero dla Pawła, albo że nie pamiętam jak Boga kocham do dzisiaj czy mama moja ma urodziny 3 czy 6 października. Nie wiem dlaczego też pomimo, że piszą naukowcy z Ameryki, że złe rzeczy, ludzi, zdarzenia i czasy wypieramy z pamięci niby a one tak czy siak tłuką się gdzieś nam po głowie, pomimo że niechciane i udowodnione przez uczonych, że wyparte.

 

Pomijając tą pamięć krótkotrwałą i te nieszczęsne urodziny mamy, uważam, że mam pamięć raczej absolutną, do zapachów, liczb, ludzi, zdarzeń i miejsc tak samo do rzeczy złych jak i dobrych, dlatego też nie odzobaczę już nigdy zdjęcia stopy z 4 stopniem odmrożenia, które na własne życzenie kliknęłam gdzieś w Internecie. Nie zapomnę też jak skoczyłam z dachu murowanej piwnicy na podwórku, mając może z 7 lat, bo skakały wszystkie dzieci po kolei, chłopcy i dziewczyny, a jak ja skoczyłam to myślałam, że kolana mam obok uszu a stopy w okolicy pośladków, i że dwa dni nie mogłam chodzić przez ten podwórkowy wyczyn kaskaderski. Wychowałam się na podwórku pełnym dzieci pochodzących z rodzin o dość szerokim przekroju społecznym. Mieszkaliśmy w kamienicy, w której było 8 mieszkań, wszystkie na pierwszym piętrze, do którego prowadziły dość wysokie na tamten czas jak dla mnie schody. Na dole, w kamienicy do 3 mieszkań były 3 dedykowane piwnice (reszta obok w dobudówkach). W jednej z nich ojciec trzymał popsutego kawalerskiego Komarka, drewno, sanki, węgiel na zimę i przetwory owocowe zrobione przez babcię, które stoją niektóre pewnie po dziś dzień nie tknięte, na amen zawekowane kompoty z wiśni. Na półpiętrze było okno, z którego nie odważyłam się już wyskoczyć, dzięki Bogu jakieś resztki zdrowego rozsądku uchroniły mnie wtedy przed trwałym kalectwem. Okno na półpięterku w wakacyjne poranki było kasą pocztową lub punktem poboru opłat za rozmaite życiowe rachunki. Miałam cały segregator biurowy pustych druków, po które sukcesywnie chodziłam z koleżankami na pocztę, biało czerwone od przekazów pieniężnych, cieniutkie świstki od poleconych, rarytasem były naklejki do paczek krajowych i zagranicznych oraz fioletowa kalka. Wypełniałam sumiennie każdy druczek, Kowalskimi, Nowakami, Kwiatkowskimi i Józefą Kamińską – moją mamą, czy Marią Chmurą moją babcią. Podbijałam druki nawet pieczątką, bo tata dał mi starego Wagrafa z firmy od dziadka, który bladziutko odbijał potwierdzenie transakcji.

 

Korytarz naszej kamienicy był bardzo długi, przyjemnie chłodny i bywał bardzo ciemny, bo wiecznie brakowało jakiejś żarówki, czasami na jednej nodze pędziłam do naszych drzwi, bo tak bałam się ciemności i szczurów, które regularnie ponoć widywane były na klatce. Mieszkania przy końcach korytarza miały taką zaletę, że lokatorzy stawiali sobie tam jakieś szafy, szafki, szafeczki, półki i Bóg wie co jeszcze, i te szczury tam miały swoje gniazda. Nie mówię nic, bo babcia też miała swoją taką szafę, piękną litą drewnianą, co wystawiła na korytarz i przewierciła drzwi metalowymi takimi hakami na ogromną kłódkę, żeby nikt nie pokradł jej wiekowych perskich dywanów ze skruszałą gumą od spodu, ogórków na zimę i tkanin, z których przecież kiedyś ktoś może coś uszyje, albo jakiś szczur zrobi sobie co najwyżej gniazdo.

 

Nasze mieszkanie było naprawdę spore, jak na standardy miejskich blokowisk lat 90, naprawdę pokaźny metraż, który świetnie by się sprawdził przy rodzinie 2+1 a nie 2+2, plus dwa psy, rybki i babcia. Mieliśmy do dyspozycji jeden ogromny pokój, którego połowę zajmował przepiękny, stary rozstrojony fortepian z klawiszami z kości słoniowej. Do tego piec kaflowy i dwie meblościanki, jedna panieńska mojej mamy, piękny czarny kolos z żółtymi ozdobnymi szybkami, która do dzisiaj stoi na strychu nowego domu, bo żal wyrzucić. Do dzisiaj też w tych pawlaczach są mamy swetry z Pewexu pokupione za całe pierwsze pensje nauczycielskie. W drugiej meblościance wiecznie były mole, bo wisiały tam niechodzone swetry wełniane, kożuchy panieńskie mamy i chińskie sukienki, które zakładałam na niedzielę do kościoła. Większość przeszklonych półek zajmowały stare książki, Nad Niemnem Orzeszkowej w 3 bodajże tomach, Ilustrowana Biblia dla dzieci, Encyklopedia Powszechna i skarbnica wiedzy kulinarnej, Maria Disslowa – Jak gotować, wyddrukowana na przepięknym papierze.  Pamiętam ten pokój, jego zapach, każdą najmniejszą i najdziwaczniejszą rzecz stamtąd, nawet taką której już nie ma, którą ojciec wyrzucił przy przeprowadzce, bo większość rzeczy chyba poszło pod kocioł, taki był chyba sfrustrowany tą ilością majątku zgromadzonego na tych niekończących się dwudziestu paru metrach kwadratowych. Chociaż, wielki szklany wazon wypełniony wodą, w której zatopione są 3 ogromne, krwistoczerwone róże z poliestru nadal stoi na półce czarnej meblościanki, na strychu nowego domu rzecz jasna.

 

Drugi pokój naszego mieszkania zajmowała i zajmuje do dzisiaj babcia Chmura. Było tam ładnie i schludnie, czyściutko typowo jak na babcię, stara wersalka, dwa fotele, politurowany stoliczek z szydełkowaną kremową serwetą, na nim brązowy wazonik ceramiczny a w nim kilka chińskich sztucznych kwiatów, pod ścianą zgrabna meblościanka na wysoki połysk, w której babcia trzymała pokrochmalone pościele, prześcieradła, szklaną kryształową zastawę używaną tylko na specjalne okazje, bombonierki, prezentowe torebki i rzecz jasna Biovital, którym raczyła nas raz po raz, po jednej porcji w plastikowej nakrętce, na zdrowie. Jeśli zabrakło w domu cukru, to zawsze była jakaś resztka w tej kryształowej cukiernicy za szybą, co została z jakichś imienin. Na ścianie babcia miała piękny portret ślubny a obok wielki obraz śpiącej Madonny.

 

Kuchnia długa i wąska, kompletnie nieustawna, długo mieliśmy piec węglowy, na którym ponoć zupełnie inaczej gotuje się na gazie i jedzenie smakuje ze sto razy lepiej, nie mówiąc już o tym, że tylko na piecu można było robić powidła śliwkowe, do suto nakrapianego alkoholem Miodownika, który mama piekła trzy razy do roku – na swoje imieniny, imieniny babci i Wszystkich Świętych. Najbardziej lubiłam chyba półkę z metalowymi pojemnikami po herbatach, gdzie babcia trzymała jakieś krawieckie szpargały, guziki i lekarstwa, ta kolekcja robiła naprawdę spore wrażenie – to znaczy i guziki i lekarstwa. Na ścianach mieliśmy paprotki w drucianych kwietnikach a na parapecie anginkę, którą można było wkładać do ucha kiedy bolało. Żadnych natomiast kwiatków nie wolno było ABSOLUTNIE trzymać na fortepianie, bo przy podlewaniu można było zalać fortepian.

 

Łazienka, dopóki nie przeszła generalnego remontu na podłodze miała piękne kamienne kafle w czarnobiałą szachownicę, której nie powstydziłaby się pewnie nawet Szelągowska i turkusowe pseudo kafle z odlewanego plastiku, przybijane na maleńkie gwoździki do betonu lub co poniektóre trzymały się jako tako na klej. Mieliśmy też metalową wannę, nad którą wisiały dwie zamykane szafki koloru bliżej nieokreślonego, w których mama trzymała swoje kosmetyki, dezodorant Chanson de Eau, perfumy Chique oraz przeterminowaną ze dwadzieścia lat Panią Walewską. Pałętało się też tam pudełko z Być może, rolki szarego, szorstkiego papieru toaletowego, nożyczki fryzjerskie i narzędzie do cieniowania włosów Cyrulik. Turkusowe kredki do oczu, pędzel od różu do policzków marki Bourjouis i tusz  do rzęs mama trzymała w plastikowym pudełku po lodach Koral chyba. Żeby Was nie skłamać nie napiszę, że na pewno, ale na 89% do dzisiaj trzyma te same przybory w podobnym pudełku swojej już toaletki. Najbardziej w pamięci chyba jednak zachowałam sobotnie kąpiele w ciepłej wodzie z bojlera, koniecznie z dolewką zielonego jak Ludwik płynu do kąpieli o zapachu sosny…

 

***

 

Wakacje w tym roku spędziłam u Rodziców, zaglądnęłam ze dwa razy do babci Chmury i tak mi się poprzypominało co nieco.

 

***

 

Jabłko na zdjęciach nie pojawia się przypadkowo, na 1 roku studiów obfotografowałam całe mieszkanie już tylko wtedy babci, w odpowiedzi na temat semestralny z Pracowni Fotografii jakim była Grawitacja. Poniosłam niestety w tym temacie absolutną klęskę, bo dostałam tylko trójkę z plusem.

 

 

Dodaj komentarz